czwartek, 28 lutego 2013
NOWE OPOWIADANE, CZ. 1
Poranne promienie słoneczne zmusiły mnie, bym w końcu wstała. Tak bardzo nie chce mi się iść do szkoły, choć nie powiem, uczę się nieźle, przez to moja mama nie interesuje się mną. Gdy miałam 6 lat, mój tata zmarł. Przez to zaczęłam się dobrze uczyć, by zapomnieć.
Moja najlepsza przyjaciółka, Agnes, mieszkała nade mną, więc codziennie przed szkołą po mnie zachodziła. Tak było i tym razem.
- Hej, hej! Wiesz co.. nie chce mi się iść do szkoły, może byśmy tak.. - powiedziała. Czytała mi w myślach!
- Wiesz, że też o tym pomyślałam? To gdzie idziemy?
- Może pójdziemy do kawiarni w centrum?
- Jasne! Zostaw u mnie plecak, i tak moja mama wraca późno, zdążymy wrócić.
Gdy byłyśmy w kawiarni, zadzwoniła do mnie mama.
- Halo? Mamo? Wiesz, jestem w szkole, nie za bardzo mogę rozmawiać.
- Chciałam Ci tylko powiedzieć, że nie wrócę na noc do domu, będę jutro po pracy, pa!
Jak tylko się rozłączyłam, posłałam tajemniczy uśmiech Agnes.
- Co jest? Mów, nie patrz się na mnie jak opętana!
- Mama nie wraca na noc!
- Przyjdę do Ciebie, co?
- To możesz powiedzieć swojej mamie! Idziemy na imprezę!
- Ale w co się ubierzemy?!
- ZAKUPY! - krzyknęłyśmy obie.
Zapłaciłyśmy za nasze shake i wyszłyście.
Po dwóch godzinach łażenia po sklepach, poszłyśmy do domu, bo i tak nikt nie będzie wiedział, że dziś nie byłyśmy w szkole.
Po powrocie szukałyśmy jakiegoś przyzwoitego klubu w internecie. Znalazłyśmy klub o nazwie 'Stereo'. Postanowiłyśmy przebrać się w nowe ciuchy. Agnes założyła luźną bluzkę w etniczne wzory na grube ramiączka, krótkie spodenki, zakolanówki i krótkie czarne trampki converse, a ja założyłam sukienkę w kwiatki i czarne lity. Do tego makijaż, malowałyśmy się nawzajem, świetnie się przy tym bawiłyśmy. ma miałam loki, a Agnes wyprostowane.
O 20:30 wyszłyśmy z domu. Wpuścili nas bez większych problemów. Potańczyłyśmy trochę, potem poszłyśmy się napić. Zamówiłyśmy jakieś drinki. Poznałyśmy trochę ludzi, dołączyłyśmy do większej grupki i tańczyłyśmy razem z nimi. Potem poszłyśmy do łazienki. Agnes poprawiała makijaż, a ja poszłam do toalety. Zobaczyłam, że w jednej kabinie są uchylone drzwi. Podeszłam do nich i je otworzyłam. Przeraziłam się. Zobaczyłam ćpuna, leżał, nie ruszał się, a z jego przedramienia wystawała mu strzykawka. Bałam się cokolwiek powiedzieć. Cofnęłam się. Przestraszyłam się jeszcze bardziej, jak się ocknął. pozbierał swój 'sprzęt' i wyszedł, a ja cały ten czas patrzyłam się na niego z otwartymi ustami. Wróciłyśmy na salę, a ja podeszłam do baru i powiedziałam do kelnera:
- Podwójną poproszę.
CDN...
W końcu to napisałam :O jak się podoba? :3
piątek, 8 lutego 2013
opowiadanie rozdział 18
Gdy uspokoiłaś się już trochę, poszłaś do szpitalnej łazienki. Białe kafelki - jak w więzieniu. Po lewej stronie lustro i umywalka, po prawej ubikacja. Byłaś strasznie zdesperowana, nie widziałaś sensu życia. Byłaś załamana nerwowo, ale również wściekła. Pod wpływem impulsu rozbiłaś lustro, wzięłaś jeden odłamek, osunęłaś się ze ściany na podłogę i zaczęłaś podcinać sobie żyły w obu rękach.
Obudziłaś się z obandażowanymi rękoma w nadgarstkach. Nie pamiętałaś, co się dzieje. Przyjrzałaś się bliżej pokojowi. Stwierdziłaś, że jesteś w izolatce. Po chwili wszedł jakiś lekarz wraz z Twoją mamą. Był ubrany w biały kitel, wyglądał jak szalony naukowiec przez te nastroszone włosy. Mama wyglądała na bardzo zmartwioną.
- Witam, rozmawiałem już z Twoją mamą i postanowiliśmy po Twoim leczeniu wysłać Cię do szpitala psychiatrycznego. - w jego ustach to brzmiało jakby powiedział 'hej, idziemy do wesołego miasteczka!'. Irytował Cię. Ale zaraz zaraz. Co on powiedział?
- Że co proszę? Nie wyślecie mnie do wariatkowa, co to to nie!
- Ale kochanie, to... - nie zdążyła dokończyć moja mama.
- Dla Twojego dobra, wiem, ale ja tam nie chcę! Robicie ze mnie jakiegoś świra! - po tych słowach odwróciłaś się do nich plecami.
W końcu wyszli, miałaś już ich dosyć.
Na stoliku przy łóżku leżał Twój telefon. Wybrałaś numer swojej przyjaciółki, ale w ostatniej chwili, gdy już miałaś do niej zadzwonić, powstrzymałaś się i rzuciłaś telefonem o ziemię. Rozpadł się na kawałki.
Postanowiłaś ze sobą skończyć. Te cudowne wakacje zamieniły się w piekło na ziemi. Wstałaś z łóżka i podeszłaś do okna. Pierwsze piętro. Gdybyś skoczyła, pewnie uszłabyś z życiem, najwyżej cierpiałabyś jeszcze bardziej, gdyż cała byś się połamała. To nie miałoby najmniejszego sensu i zamknęliby Cię jeszcze szybciej. Usiadłaś na łóżku i zaczęłaś myśleć, jak popełnić samobójstwo.
Sprawy zeszły dalej niż samobójstwo, David. Nawet nie przyszedł. Nie mam już dla kogo żyć.
Powiesić się? Nie. Zbyt oczywiste. Rzucenie się pod pociąg? Nie wypuszczą Cię ze szpitala.
Wpadłaś na genialny pomysł i postanowiłaś od razu wprowadzić go w życie.
Po ubłaganiu, byś wyszła z izolatki, postanowiłaś udać się do apteki niedaleko szpitala.
- Dzień dobry, poproszę jakieś tabletki nasenne, 3 paczki.
Pani dziwnie się popatrzyła, ale sprzedała Ci je. W sumie, byłaś w szpitalnej piżamie, też byś się zdziwiła, gdybyś zobaczyła kogoś takiego na ulicy.
Poszłaś do parku przed szpitalem. Usiadłaś na ławce i rozpakowałaś tabletki. Trochę się denerwowałaś, ale już nie chciałaś żyć. Do dupy z takim życiem. Stało się. Połknęłaś tabletki. Niedługo po tym, Twoje serce przestało bić.
Znalazł Cię David. Płakał. Twój pogrzeb odbył się bardzo uroczyście, przyszli wszyscy Twoi znajomi, rodzina, nawet Francisco.
David niedługo po tym nie chciał poznawać nikogo innego, więc wstąpił do zakonu.
PODOBAŁO SIĘ? SKOŃCZYŁAM, BARDZO PROSZĘ O KOMENTARZE, TO DLA MNIE BARDZO WAŻNE, UWIELBIAM JE CZYTAĆ <3
Piszcie też, o czym chcecie następne opowiadanie - o ćpunach, kolejne o miłości, czy może macie swoje pomysły? PISZCIE, PROSZĘ <3
Obudziłaś się z obandażowanymi rękoma w nadgarstkach. Nie pamiętałaś, co się dzieje. Przyjrzałaś się bliżej pokojowi. Stwierdziłaś, że jesteś w izolatce. Po chwili wszedł jakiś lekarz wraz z Twoją mamą. Był ubrany w biały kitel, wyglądał jak szalony naukowiec przez te nastroszone włosy. Mama wyglądała na bardzo zmartwioną.
- Witam, rozmawiałem już z Twoją mamą i postanowiliśmy po Twoim leczeniu wysłać Cię do szpitala psychiatrycznego. - w jego ustach to brzmiało jakby powiedział 'hej, idziemy do wesołego miasteczka!'. Irytował Cię. Ale zaraz zaraz. Co on powiedział?
- Że co proszę? Nie wyślecie mnie do wariatkowa, co to to nie!
- Ale kochanie, to... - nie zdążyła dokończyć moja mama.
- Dla Twojego dobra, wiem, ale ja tam nie chcę! Robicie ze mnie jakiegoś świra! - po tych słowach odwróciłaś się do nich plecami.
W końcu wyszli, miałaś już ich dosyć.
Na stoliku przy łóżku leżał Twój telefon. Wybrałaś numer swojej przyjaciółki, ale w ostatniej chwili, gdy już miałaś do niej zadzwonić, powstrzymałaś się i rzuciłaś telefonem o ziemię. Rozpadł się na kawałki.
Postanowiłaś ze sobą skończyć. Te cudowne wakacje zamieniły się w piekło na ziemi. Wstałaś z łóżka i podeszłaś do okna. Pierwsze piętro. Gdybyś skoczyła, pewnie uszłabyś z życiem, najwyżej cierpiałabyś jeszcze bardziej, gdyż cała byś się połamała. To nie miałoby najmniejszego sensu i zamknęliby Cię jeszcze szybciej. Usiadłaś na łóżku i zaczęłaś myśleć, jak popełnić samobójstwo.
Sprawy zeszły dalej niż samobójstwo, David. Nawet nie przyszedł. Nie mam już dla kogo żyć.
Powiesić się? Nie. Zbyt oczywiste. Rzucenie się pod pociąg? Nie wypuszczą Cię ze szpitala.
Wpadłaś na genialny pomysł i postanowiłaś od razu wprowadzić go w życie.
Po ubłaganiu, byś wyszła z izolatki, postanowiłaś udać się do apteki niedaleko szpitala.
- Dzień dobry, poproszę jakieś tabletki nasenne, 3 paczki.
Pani dziwnie się popatrzyła, ale sprzedała Ci je. W sumie, byłaś w szpitalnej piżamie, też byś się zdziwiła, gdybyś zobaczyła kogoś takiego na ulicy.
Poszłaś do parku przed szpitalem. Usiadłaś na ławce i rozpakowałaś tabletki. Trochę się denerwowałaś, ale już nie chciałaś żyć. Do dupy z takim życiem. Stało się. Połknęłaś tabletki. Niedługo po tym, Twoje serce przestało bić.
Znalazł Cię David. Płakał. Twój pogrzeb odbył się bardzo uroczyście, przyszli wszyscy Twoi znajomi, rodzina, nawet Francisco.
David niedługo po tym nie chciał poznawać nikogo innego, więc wstąpił do zakonu.
PODOBAŁO SIĘ? SKOŃCZYŁAM, BARDZO PROSZĘ O KOMENTARZE, TO DLA MNIE BARDZO WAŻNE, UWIELBIAM JE CZYTAĆ <3
Piszcie też, o czym chcecie następne opowiadanie - o ćpunach, kolejne o miłości, czy może macie swoje pomysły? PISZCIE, PROSZĘ <3
wtorek, 5 lutego 2013
opowiadanie rozdział 17
Myślałaś nad tym, czy urodzić to dziecko. Kochałaś je. Chciałaś je urodzić, choć byłaś bardzo młoda. David wiedział, że jeśli się zaprzesz, nie ustąpisz.
Pojechałaś do lekarza z Davidem. Powiedziałaś mu, że urodzisz to dziecko.
- W takim razie, przykro mi, nie podejmę się tego. nie chcę, ale postaram się znaleźć kogoś, kto się panią zajmie.
- Oczywiście, dziękuję.
Gdy wyszłaś, David podszedł do Ciebie, powiedziałaś mu, że nie podejmie się tego, ale znajdzie Ci nowego lekarza prowadzącego.
Po 10 minutach czekania podeszła do Was młoda lekarka.
- Witam, to ja będę pani lekarzem prowadzącym. - uśmiechnęła się d Ciebie i poszła sprawdzić Twoje papiery.
Staliście pod gabinetem lekarskim, czekając na lekarkę.
- Przecież ona sobie nie poradzi! Ile ona mogła odebrać porodów?! Dwa? A jeszcze z Twoim stanem zdrowia to nie możliwe! Nie chcę Cię stracić.
Zza drzwi wyszła lekarka.
- Dla pana wiadomości, uczestniczyłam w 684 porodach, nawet w ciężkich warunkach, do tego pani [t.n] jest już 4 osobą z takim stanem zdrowia, więc myślę, że mam wystarczające doświadczenie. - powiedziała to z uśmiechem na twarzy i poszła.
- Cięta riposta.
David najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć, stał tak bezradnie z otwartymi ustami.
- No cóż, chyba teraz pozwolisz mi, żeby ona była lekarzem prowadzącym, co? - powiedziałaś ze śmiechem, odwróciłaś się na pięcie i poszłaś w stronę wyjścia.
- Zaraz, zaraz.. a pani gdzie idzie?
- No... do domu.
- Jeżeli chce pani urodzić to dziecko, musi pani zostać w szpitalu.
- Mogę chociaż pojechać po rzeczy?
- No dobrze, ale pani narzeczony musi jechać z panią.
- Oczywiście. - 'narzeczony' jak to pięknie brzmi.
Podeszłaś do Davida, który przysłuchiwał się całej rozmowie.
- No co tak stoisz? Chodź, narzeczony.
Gdy wyszliście ze szpitala, gorzej się poczułaś. Upadłaś na ziemię i złapałaś się za brzuch. Bardzo Cię bolał. Bałaś się. Bałaś się o Twoje dziecko. David szybko do Ciebie podbiegł.
- Kochanie, co jest?
- Nie wiem, brzuch mnie boli.. David, ja się boję o nasze dziecko! AAU!
- Wytrzymaj kochanie, już po kogoś lecę.
Po chwili przyszedł jakiś lekarz z pielęgniarką i noszami. Położyli Cię na nich i gdzieś zawieźli.
Obudziłaś się na sali szpitalnej, obok cały czas czuwał David. Płakał.
- Kochanie.. jak się czujesz? - powiedział, chlipiąc.
- Nie wiem. Dziwnie. Co z dzieckiem?
- No więc..
Przerwała mu moja lekarka prowadząca.
- Dzień dobry, już pani wie?
- Ale o czym?
- Nie zdążył pan?
- Nie, właśnie miałem jej powiedzieć..
- Ktoś mi powie, co tu się dzieje?
- Przykro mi to mówić.. poroniła pani.
- CO?!
- Na prawdę bardzo mi przykro. - wyszła.
Zaczęłaś płakać jak bóbr. David usiadł na Twoim łóżku i Cię przytulił płacząc.
- Wszystko będzie dobrze, kochanie, nie martw się. - powiedział.
Trochę smutny, ale cóż. Może jutro będzie następny ^^
Pojechałaś do lekarza z Davidem. Powiedziałaś mu, że urodzisz to dziecko.
- W takim razie, przykro mi, nie podejmę się tego. nie chcę, ale postaram się znaleźć kogoś, kto się panią zajmie.
- Oczywiście, dziękuję.
Gdy wyszłaś, David podszedł do Ciebie, powiedziałaś mu, że nie podejmie się tego, ale znajdzie Ci nowego lekarza prowadzącego.
Po 10 minutach czekania podeszła do Was młoda lekarka.
- Witam, to ja będę pani lekarzem prowadzącym. - uśmiechnęła się d Ciebie i poszła sprawdzić Twoje papiery.
Staliście pod gabinetem lekarskim, czekając na lekarkę.
- Przecież ona sobie nie poradzi! Ile ona mogła odebrać porodów?! Dwa? A jeszcze z Twoim stanem zdrowia to nie możliwe! Nie chcę Cię stracić.
Zza drzwi wyszła lekarka.
- Dla pana wiadomości, uczestniczyłam w 684 porodach, nawet w ciężkich warunkach, do tego pani [t.n] jest już 4 osobą z takim stanem zdrowia, więc myślę, że mam wystarczające doświadczenie. - powiedziała to z uśmiechem na twarzy i poszła.
- Cięta riposta.
David najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć, stał tak bezradnie z otwartymi ustami.
- No cóż, chyba teraz pozwolisz mi, żeby ona była lekarzem prowadzącym, co? - powiedziałaś ze śmiechem, odwróciłaś się na pięcie i poszłaś w stronę wyjścia.
- Zaraz, zaraz.. a pani gdzie idzie?
- No... do domu.
- Jeżeli chce pani urodzić to dziecko, musi pani zostać w szpitalu.
- Mogę chociaż pojechać po rzeczy?
- No dobrze, ale pani narzeczony musi jechać z panią.
- Oczywiście. - 'narzeczony' jak to pięknie brzmi.
Podeszłaś do Davida, który przysłuchiwał się całej rozmowie.
- No co tak stoisz? Chodź, narzeczony.
Gdy wyszliście ze szpitala, gorzej się poczułaś. Upadłaś na ziemię i złapałaś się za brzuch. Bardzo Cię bolał. Bałaś się. Bałaś się o Twoje dziecko. David szybko do Ciebie podbiegł.
- Kochanie, co jest?
- Nie wiem, brzuch mnie boli.. David, ja się boję o nasze dziecko! AAU!
- Wytrzymaj kochanie, już po kogoś lecę.
Po chwili przyszedł jakiś lekarz z pielęgniarką i noszami. Położyli Cię na nich i gdzieś zawieźli.
Obudziłaś się na sali szpitalnej, obok cały czas czuwał David. Płakał.
- Kochanie.. jak się czujesz? - powiedział, chlipiąc.
- Nie wiem. Dziwnie. Co z dzieckiem?
- No więc..
Przerwała mu moja lekarka prowadząca.
- Dzień dobry, już pani wie?
- Ale o czym?
- Nie zdążył pan?
- Nie, właśnie miałem jej powiedzieć..
- Ktoś mi powie, co tu się dzieje?
- Przykro mi to mówić.. poroniła pani.
- CO?!
- Na prawdę bardzo mi przykro. - wyszła.
Zaczęłaś płakać jak bóbr. David usiadł na Twoim łóżku i Cię przytulił płacząc.
- Wszystko będzie dobrze, kochanie, nie martw się. - powiedział.
Trochę smutny, ale cóż. Może jutro będzie następny ^^
Subskrybuj:
Posty (Atom)